Procentografia #5. Na podbój świata.

7

Konkurs i certyfikat dodały mi odwagi. Sam udział w Imagine Cup spowodował, że w trakcie VI semestru podjąłem decyzję odnośnie całego kolejnego roku mojego życia.

Na uczelni coraz bardziej popularny stawał się program Socrates-Erasmus. Początkowo traktowałem to tylko jako ciekawostkę, no bo gdzie, no bo jak: JA mam gdzieś jechać, na inną uczelnię, zagrabanicę, do nieznanych ludzi? Dziękuję bardzo, raptem 2 lata wcześniej z USA już wróciłem ledwo żywy. To nie dla mnie. A może jednak…?


Do tej pory w cyklu Procentografia ukazały się następujące odcinki:

Kierunek: Dania

Z biegiem czasu postrzeganie tej inicjatywy się zmieniało. Dobry kumpel skorzystał z okazji i wyjechał do Danii po V semestrze. W trakcie roku okazało się, że całkiem spora liczba znajomych rozważa taki ruch. Właściwie to skończyło się mini-exodusem i białostockie tech-studenty rozpełzły się po całym świecie. A to Portugalia, a to Hiszpania (a nawet Kanary), a to Włochy, a to UK… Finalnie wraz z Joanną dołączyliśmy do najliczniejszej – z 9 osób! – grupy zmierzającej na IV rok do Danii. Gorące dni, życzliwe uśmiechy i stawanie 1cm obok rozmówcy zupełnie mnie nie pociągały, więc Skandynawia wydawała się doskonałym wyborem.

I tak też było. Największym problemem przed wyjazdem okazało się kupno laptopa! Spora część ekipy musiała wówczas taki zakup poczynić, bo w 2005r notebooki nie były jeszcze przedmiotem posiadanym przez każdego przedszkolaka. A drogie toto jak cholera! No ale co zrobić.

Wylądowaliśmy w Odense: mieście Hansa Christiana Andersena. Uczyć mieliśmy się w “University College of Engineering” (szkołę zlikwidowali zaraz po naszym wyjeździe). A domem stał się kampus “Rasmus Rask Kollegiet“. Coś takiego:

clip_image001

Dostaliśmy segmencik z dwoma malutkimi pokoikami, kuchenką i kibelkiem. To dopiero sprawdzian dla nie tak znowu długiego związku: wysiedzieć ze sobą przez rok na ~12 metrach kwadratowych!

Jeden pokoik okupowaliśmy we dwójkę, a w drugim zrobiliśmy garaż dla rowerów. Bo w rowery trzeba było się zaopatrzyć od razu, na samym początku. Mi deal udał mi się niesamowicie, moje Nishiki – poza irytującym zwyczajem łapania gum, gdy jechałem po pijaku – okazało się rowerem idealnym, a zapłaciłem jakieś grosze (ze 200-300 zł).

clip_image002

Swoją drogą dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak bardzo NASZ kraj się zmienia. Wtedy, 11 lat temu, liczba rowerów jeżdżąca w Danii była dla mnie szokiem. Rowerowy wyjazd na ulicę w moim Białymstoku wiązał się z dość sporym ryzykiem utraty przytomności, zdrowia czy kończyny. Miałem epizod namiętnego rowerowania i mnie samego autobus kiedyś “popchnął”. Teraz – a przecież nie minęło aż tak bardzo dużo czasu – jest już kompletnie inaczej.

Ale nieważne. W nowym gniazdku zadomowiliśmy się dość szybko.

clip_image003

Szkoła

Nie wiem, czy to była specyfika tej uczelni, czy może fakt, że jesteśmy erazmusami, ale nie wymagano od nas zbyt wiele. Właściwie to… nie wymagano od nas niczego. Do szkoły pojeździliśmy przez pierwsze 2-3 tygodnie, a później okazało się to bez sensu. Program był tak prosty, a zajęcia tak nudne, że sobie po prostu darowaliśmy. Pozwoliło to też trochę podpompować naszą samoocenę: przy studentach z innych krajów byliśmy – nie boję się tego powiedzieć – geniuszami. Naprawdę! Oni w ogóle nie kumali niczego, kompletnie.

Egzaminy to formalność. Większość zdawało się ustnie, dzięki czemu podszlifowaliśmy angielski. A oceny… Nigdy wcześniej ani nigdy później nie miałem takiej średniej. Po roku wróciłem do kraju ze średnią 4,8 czy coś koło tego. Dzięki temu przez cały V rok otrzymywałem prawie maksymalne stypendium. Jak bardzo, bardzo miło!

Jedynym wymagającym elementem procesu “duńskiej edukacji” był projekt semestralny. Trzeba było dobrać się w zespoły, wymyślić “coś co działa”, a następne to zrealizować.

Na pierwszym semestrze był to gówniany portalik w ASP.NET – “eRasmus” – dedykowany dla studentów z wymiany studenckiej. Coś tam się uruchamiało, dało się poklikać, piątka. Przy tej okazji mogliśmy bliżej poznać studentów z Chin i chyba Portugalii. I wiecie co… Przed zaliczeniem jeden Chińczyk się nam rozpłakał – takimi prawdziwymi, mokrymi łzami – że nic nie umie. Bo faktycznie nic nie umiał. Nikt poza Polakami nie dodał tam kompletnie niczego od siebie – nie byli w stanie. Smutne, ale jednocześnie podbudowujące.

Wtedy też po raz pierwszy zobaczyłem, co znaczy “konflikt w zespole”. Nie z innymi narodowościami, bo to mi kompletnie wisiało, ale z ziomkiem, którego znałem wtedy od dobrych 7 lat. Nie pamiętam już nawet o co dokładnie poszło – pewnie o jakąś głupotę – ale pokłóciliśmy się w trakcie prac nad projektem tak bardzo, że po 7 latach znajomości przestaliśmy się do siebie odzywać na kolejne 5 lat. Nadal kontaktu nie mamy. Cenne doświadczenie na przyszłość: trzeba nauczyć się oddzielać pracę od życia prywatnego. Zrobić wszystko, aby te dwa konteksty się zbytnio nie wymieszały.

Na drugim semestrze podnieśliśmy nieco poprzeczkę. Zespół pozostał mieszany (4 Polaków, 2 Rumunów i 1 Hiszpan), ale zdecydowaliśmy się na ambitniejsze zadanie. Postanowiliśmy znaleźć w Odense firmę, która zleci nam wykonanie projektu. Zawsze to ciekawiej. I udało się: skończyliśmy jako “dostawcy oprogramowania” do firemki ComCo, z przemiłym właścicielem Ole Krabbe.

clip_image004

Ole zamówił u nas… chińskie szachy. Nie pamiętam już nawet jak te szachy wpasowywały mu się w biznes, ale wyglądało to tak:

clip_image005

I znowu: nasi zagrabaniczni przyjaciele nie byli skłonni do współpracy. Hiszpana widzieliśmy przy okazji projektu dwa razy: na pierwszych i na ostatnich zajęciach z tego przedmiotu. Jeden Rumun miał na wszystko tak kompletnie wywalone, że przez cały semestr nie napisał linijki kodu i nie powiedział ani słowa. Drugi Rumun z kolei napisał kilka linijek – właśnie w tym momencie odnalazłem je na dysku! Jego zadaniem było zaimplementowanie “komponentu do prowadzenia dyskusji online”. W katalogu “bogdan_forum” widnieje tylko jeden plik (Default.aspx.cs) z kodem. Oto całe forum:

clip_image006

Thx for nothing, nie wiem nawet do czego tutaj zmierzano. Za to na zaliczeniu RumunBodgan zaprezentował “aplikację w C++, która wyłącza autorun dla płyt CD”. WTF? Nawet double WTF! O tym opowiadałem już w poście “Jak rozwiązywać zadania rekrutacyjne?“, więc tylko wkleję skrina (co prawda widzę, że wtedy pomieszały mi się projekty, ale to nieważne):

anegdotka

Do projektu trzeba oczywiście było stworzyć dokumentację. A w niej: opisać podział odpowiedzialności pomiędzy członków zespołu. Uśmiechnąłem się teraz szeroko, gdy po otwarciu dokumentu znalazłem taką tabelkę:

clip_image008

El-o-el.

Ale niezależnie od wszystkiego: te dwa semestralne projekty okazały się bardzo cennym doświadczeniem.

Nie jeździliśmy na zajęcia, więc czasu w dzień mieliśmy sporo. Prawie każde popołudnie to mniejsza lub większa imprezka. A to w czyimś domku, a to w lesie, a to pod Aldi. Tyle luzu i wolności sam nam teraz zazdroszczę, choć na nadmiar obowiązków aktualnie nie narzekam. Nie musieliśmy robić NIC. Kompletnie, zupełnie NIC. Rok urlopu.

clip_image009

Chociaż…

Praca

Z programu Sokrates-Erasmus przysługiwało nam stypendium, ale Dania nie należy do tanich krajów. Otrzymane Euro pokryło koszty akademika – i koniec. Dalej trzeba było sobie radzić samemu.

Na szczęście o pracę nie było trudno. Oczywiście nie “w zawodzie”. Zostaliśmy – większość Polaków – rozwozicielami gazet. Poza Polakami na tzw. “rutach” można było spotkać jeszcze Rumunów i Chińczyków. Kasa była, jak na nasze potrzeby, bardzo dobra. Pracowało się ok 15 godzin tygodniowo, a wracając do Polski – po roku nieoszczędzania – przywiozłem kilkanaście tysięcy złotych. Wtedy – kompletny kosmos dla mnie. Mogłem wreszcie spłacić u rodziców dług zaciągnięty na wspomnianą już wyprawę do USA! A ówczesną nadwyżkę Joanny włożyliśmy po kilku latach w pierwszą wspólną furę.

Jednak w tej beczce miodu znalazła się łyżka dziegciu. Albo i chochla, zależy jak spojrzeć. To prawda, pracowaliśmy po raptem 3 godziny na dobę, ale te godziny to… od 3 do 6 rano. Najpóźniej o 6 rano każdy Duńczyk musi już mieć pod drzwiami swoją gazetkę.

We wczesnojesienne, wiosenne i letnie miesiące była to właściwie przyjemność. Ciepełko, ptaszki się budzą, piękny księżyc – a potem wschód słońca. Gorzej zimą, gdy trzeba wypluwać płuca w śniegu sięgającym do pedałów, przy okrutnym mrozie, ślizgając się rowerem na lodzie. A jak jeszcze dzień wcześniej zdarzyła się imprezka – czyli wcale nierzadko – to już w ogóle masakra. Szczególnie, że rower obładowany gazetami potrafił wyglądać tak:

clip_image010

Mogłoby się wydawać, że dzięki takiej aktywności ciało stanie się adonisowo-atletyczne, prawda? Tak, mogłoby. Ale tak się nie stało. Żarliśmy tam po prostu jak wyposzczone knury. Kilogramy wszystkiego! Jeździmy na rowerze, więc można! Jak się okazało: nie można. Po roku przywiozłem do Polski około 15 kilo obywatela więcej. Jak prawdziwy patriota, medal mi!

Taki nieco “sowi” tryb życia powodował ciekawe przygody. Na przykład jednego wieczora kumple zaprosili nas na pizzę domowej roboty. No to siup: jedzonko, winko, piwko, wieczór jak wieczór. Za kilka godzin, o 2:50, dzwoni budzik. Czas na gazety! Zbieram się do wstawania, a Joanna szepcze do mnie: “Procent, ty też w drzwiach widzisz krwawe twarze?“. Najpierw myślałem, że żartuje, ale nie! Była autentycznie przerażona. Nie mogła w takim stanie wsiąść na rower i jechać w ciemność. A ja nie mogłem zostawić jej samej. Zadzwoniłem do firmy z usprawiedliwieniem: “nas nie będzie bo dajarija“. Drogie dzieci, tak działa hasz dowcipnie podany w pizzy niczego nieświadomym gościom! :) Wtedy była złość, a teraz: śmieszne wspomnienie. Historii nazbierała się cała masa, ale nie będę przynudzać, i tak nic nie przebije wspomnień z Preludium.

3 godziny dziennie, codziennie (a raczej: conocnie), w samotności, na rowerze, z Kidneythieves i Maanam na słuchawkach, to doskonały czas na myślenie, zastanawianie się nad przyszłością. Bywało ekstremalnie ciężko, ale w ogólnym rozrachunku pracę jako gazeciarz wspominam bardzo miło:

clip_image011

Dzięki tym nocnym refleksjom nie dałem się kompletnie ponieść imprezom i słodkiemu lenistwu. W głowie rosły ambicje, kiełkowały plany przejęcia kontroli nad wszechświatem. W końcu nie po to przez cały poprzedni rok harowałem jak wół, żeby teraz to zaprzepaścić, o nie!

Ekspert

Wstać trzeba o 2:50, żeby o 3:00 wyruszyć do roboty. Mniej więcej w tym samym czasie wracaliśmy z Joanną ze swoich rutów: jakoś przed 6:00. Zmęczenie zaczynało co prawda dopadać, ale jak fajnie po pracy zjeść śniadanko i obejrzeć Przyjaciół, X Files albo Robin Hooda (wiecie, tego jedynego słusznego, z dzieciństwa).

I co potem? Jest 7 rano, a my wszystkie swoje obowiązki na dany dzień już wykonaliśmy!

Wtedy następowała walka dobra ze złem. Zło: wyro. A dobro: nauka i rozwój.
Na szczęście zwykle dobro zwyciężało. W końcu plany wymyślane na rowerze nie zrealizują się same, przez sen, prawda? Teraz rozwożę gazety i zarabiam tyle co niezły programista w Białymstoku, ale po powrocie co będę robił, dalej pedałował? Dlatego też prawie codziennie rano na kilka godzin wchodziłem na wspomniany w poprzednim odcinku portal CodeGuru.pl. Forum działało na nim wówczas (lata 2005-2006) niezwykle prężnie. Programistyczne problemy i dylematy wręcz się zeń wysypywały – nie było wtedy StackOverflow. A ja czerpałem z tych problemów pełnymi garściami. Codzienna rutyna obejmowała wejście na forum, wzięcie pierwszego posta z góry i odpowiedzenie na zadane w nim techniczne pytanie. I tak w kółko, dopóki oczy nie zaczęły się same zamykać. Czasami pytania były proste i dało się ich pozałatwiać kilkanaście w ciągu jednego posiedzenia. A bywał tak ciężki orzech do zgryzienia, że przez kilka godzin musiałem zgłębiać temat, zanim znajdowałem rozwiązanie. Założenie miałem jedno: nie ma pytań zbyt zaawansowanych, nie ma pytań głupich – biorę wszystko. Jaka (r)ewolucja: chcę być najlepszy! Więc muszę umieć pomagać. Musze nauczyć się gromadzić wiedzę i dzielić nią. Nie mam prawa odpowiedzieć: “nie wiem”.

Te poranki dały mi takiego dev-boosta, że przecierałem wirtualne oczy ze zdziwienia. Z tygodnia na tydzień stawałem się zauważalnie lepszy. Obiektywnie zaczynałem być… ekspertem. A co najważniejsze: sam zaczynałem się tak czuć, wewnętrznie. “Try me“. Po kilku miesiącach miałem na swoim koncie tyle odpowiedzi, że pisanie kolejnych szło prawie z automatu. Rozwiązałem tyle problemów, że .NET znałem na wylot. Zmagałem się z prawdziwymi zagwozdkami w prawdziwych projektach z całego kraju. Taki… konsultant właściwie.

I fajnych ludzi dało się na tym forum spotkać. Prawdziwych zapaleńców, stałych bywalców. Szkoda, że prawie wszyscy jakoś tak w międzyczasie “wypadli” z community.

Wybija 10:00, 11:00 czy 12:00. Praca: wykonana. Kasa zarobiona. Wiedza: zdobyta. Satysfakcja: jest. Rispekt online: rozprzestrzeniony. No to czas na drzemkę. Potem obiad. Potem relaks. Potem sen. Potem pobudka na gazety. Potem śniadanko i serial. Potem CodeGuru…

I tak w kółko.

Zajebiście było

To był świetny rok. Świetna ekipa, masa imprez, dużo wspomnień. I nauczyłem się po prostu milion, w dowolnej jednostce miary. Część osób została tam na kolejne kilka lat. Niektórzy: na stałe.

Pamiętam, że podczas ostatniej podróży Odense -> Białystok łezkę nawet uroniłem słuchając w busie “A Natural Disaster” Anathemy. Bo ten wyjazd był niesamowitą przygodą. Ojezu, jak różną od wypadu za ocean, gdzie los – na moje własne życzenie – przeczołgał mnie po błocie wymieszanym z pokruszonym szkłem!

A kilka lat później z sentymentu pojechaliśmy tam z Joanną samochodem, kupionym po części za duńskie korony, żeby odwiedzić znajomych i pooglądać stare śmieci.

clip_image012

Studencie: JEDŹ, jeśli tylko masz okazję! To powinien być obowiązkowy punkt studiów. Zdobycie nowych doświadczeń, poszerzenie horyzontów, poznanie ludzi (i siebie!): bezcenne. Skorzystaj z tej szansy. Drugiej takiej nie będzie.

A po drodze okazało się, że podczas naszego pobytu w Danii nowy zespół z Białegostoku zajął 3. miejsce w Polsce w Imagine Cup! Postanowiłem więc od razu wziąć na siebie kolejne zobowiązanie na przyszłość i, jeszcze będąc tam, zadeklarowałem chęć dołączenia do nich w edycji 2007. W końcu po powrocie też trzeba coś robić, nie?

Ale o tym… kiedy indziej. Póki co zarzucam Anathemę do wieży i jeszcze sobie pooglądam zdjęcia z 2005/2006.

C.D.N.


Do tej pory w cyklu Procentografia ukazały się następujące odcinki:

Share.

About Author

Programista, trener, prelegent, pasjonat, blogger. Autor podcasta programistycznego: DevTalk.pl. Jeden z liderów Białostockiej Grupy .NET i współorganizator konferencji Programistok. Od 2008 Microsoft MVP w kategorii .NET. Więcej informacji znajdziesz na stronie O autorze. Napisz do mnie ze strony Kontakt. Dodatkowo: Twitter, Facebook, YouTube.

7 Comments

  1. Cześć.

    Niezły blog.

    Bardzo fajnie się czyta :).

    Zazdroszczę, ja studia trochę przebimbałem, zostałem w swoim rodzinnym mieście. Teraz żałuję :D.

    Pozdrawiam!

  2. Grzegorz Kotfis on

    Fajnie się czyta o tej części twojego życia. Apropo codeguru. Pamiętam te czasy twojej aktywności. Zawsze zdażały się takie fale nowych ludzi, którzy mocno się udzielali przez jakiś czas :) Dla mnie wtedy największym kozakiem był bodajże “a. pająk” czy jakoś tak, miał taki awatar gościa z maską. Dla mnie to był Jon Skeet tamtych czasów ;)

      • Grzegorz Kotfis on

        Dokładnie o niego mi chodziło! :) Wspomnień czar …

      • Łukasz Podolak on

        Potwierdzam, sporo się można było od gościa dowiedzieć. Aż mi się łezka w oku zakręciła na wspomnienie o codeguru i tamtych czasach. Pozdro! :)