Co się dzieje, gdy nie planujesz?

2

W każdej metodyce “produktywnościowej” znajdziemy element “planowania”. W GTD jest to “weekly review”, w innych podejściach: pewnie coś innego. Ale idea jest ta sama: rezerwujemy dedykowany czas na myślenie o działaniu przed podjęciem tegoż działania.

Czy jednak można inaczej? Po co to całe planowanie? Przecież to nudne.

Nigdy nie “planowałem”. Nie robiłem “weekly review”.

Tak, to prawda: niespecjalnie planowałem. Owszem, byłem BARDZO zorganizowany: listy, kalendarze, procedury. Wszystko ułożone jak w zegarku. Ale: bez regularnego “planowania”.

Myślałem oczywiście o tym, co zrobię. Sprowadzało się to jednak do w miarę krótkich refleksji o najbliższych czynnościach. Spróbowałem kiedyś kilkukrotnie podejścia do “weekly review”, czyli: podsumowania mijającego i planowania nadchodzącego tygodnia. Jednak jakoś… nie chwyciło.

Cieszyłem się, że spokojnie radzę sobie bez tego. Wtedy nie rozumiałem przyczyny. Teraz rozumiem: po prostu nie było mi to potrzebne.

Być może także tego nie robisz. Bo być może Tobie też nie jest to potrzebne. I zaraz napiszę Ci dlaczego.

Jazda bez trzymanki. Na monocyklu. Po żyletkach.

Jeśli nie jest to Twój pierwszy raz na devstyle, to doskonale wiesz, że pod koniec 2015r powiedziałem światu: “sprawdzam”. Odszedłem z pracy i… przestałem się wszystkim przejmować. Co będzie to będzie. Taki ze mnie luzak, taki Brandon z Beverly Hills 90210 (ktoś jeszcze pamięta? ;) ).

Owszem, nadal posługiwałem się “narzędziami do produktywności”, bo bez sensu jest nie czerpać z rzeczy dobrych. Ale inaczej niż dotychczas. Przez większość czasu: płynąłem w prądem. Jak kogucik na dachu: tam zapieje, gdzie wiatr zawieje. Nie wiedziałem, co będę robił za pół roku. Ba! Nie wiedziałem, co będę robił za tydzień.

Tamten rok bardzo mi się udał. Potrzebowałem czegoś takiego. Ale udał mi się bynajmniej nie DZIĘKI takiemu luzackiemu podejściu. Wręcz przeciwnie: udał mi się POMIMO takiego podejścia.

Całym swoim postępowaniem w roku 2016 udowodniłem: DA SIĘ funkcjonować z dnia na dzień, bez planowania, na spontanie. Jednak… czy jest to dla każdego?

Najpierw zachłysnąłem się taką wolnością. Nie jestem mega spontaniczny (można by nawet rzec: jestem mega niespontaniczny) i mnie to oszołomiło. Jak to: nie muszę myśleć o jutrze? A i tak jest dobrze?! Objawienie.

Okazało się jednak, że na dłuższą metę nie jest to dla mnie. Pod koniec jesieni, po ponad 3 kwartałach takiego życia, zacząłem odczuwać niepokój. Owszem, fajnie jest niczym się nie przejmować i skupiać wyłącznie na dniu dzisiejszym, ale czy to może trwać wiecznie? Czy bez strategii, bez wizji, bez planu da się osiągnąć… spokój? Mi właśnie o spokój – a nie “sukces” – w życiu chodzi.

Pewnie się da. Ale ja tego nie potrafię. Pod koniec roku zaczęły mnie nachodzić myśli o powrocie na etat. Wcale nie dlatego, że moja aktualna praca – na totalnie własnych warunkach – przestała mi odpowiadać. Zaczął mi po prostu bardzo mocno uwierać brak kontroli. I…

Teraz robię “weekly review” i “monthly review”. Co się zmieniło?

Teraz, kilka tygodni później, rozumiem, skąd wzięły się pomysły o poszukiwaniach pracy. Nie chodziło o wielką tęsknotę za regularnym kodowaniem po 8 godzin dziennie. Chodziło właśnie o kontrolę. Chciałem ją odzyskać, ale nie wiedziałem jak. Mózg sam podrzucił najprostsze – bo sprawdzone – rozwiązanie: outsourcing! Outsourcing kontroli do pracodawcy, przerzucenie odpowiedzialności na kogoś innego.

W pracy ktoś mówił co mam robić. Robiłem to, dostawałem kasę, kręciło się. Miałem oczywiście wiele własnych inicjatyw (blog, podcast, konferencje, szkolenia), ale tak naprawdę: nic od nich nie zależało. Mogłem zrobić swoje w robocie, a potem walnąć się z browarem na kanapie i oglądać Friendsów przez resztę życia. I tak wszystko by się ładnie kręciło.

Gdzie tu miejsce na planowanie z wyprzedzeniem? Nigdzie. Więc tego nie robiłem. Bo tego nie potrzebowałem.

Teraz jest inaczej. Teraz nikt nie powie mi, co mam zrobić. Sam muszę to wymyślić, oszlifować i ewentualnie zrealizować. Ustalić priorytety, zarządzać czasem i energią. A żeby się w tym nie pogubić: potrzebny mi jest czas na myślenie o tym, co dopiero będę robił. Ostatnio ponad godzinę swojego urodzinowego wieczora spędziłem z kalendarzem, OneNotem i ToDoistem, układając zadania na kolejne 6 dni. To teraz dla mnie obowiązkowy punkt w końcówce tygodnia. Daje mi poczucie kontroli, pewności i stabilizacji.

Planowanie: dedykowany czas na myślenie o robieniu

Przez cały ubiegły rok to LOS rzucał mi okazje i się do nich podczepiałem. Upiekło mi się. To zaprocentowała ciężka praca wykonywana na różnych frontach przez wiele poprzednich lat. Taka wyjątkowa karta wyjścia z więzienia, jak w Monopoly.

Ale czy mądrze jest wiecznie być takim rzepem niesionym przez wiatr? I ślepo liczyć, że “wszystko będzie dobrze”? Nie do końca. Wiem, że ja muszę choć trochę wpływać na te podmuchy. Żagielek jakiś czy motórek zamontować.

Nie planujesz? Gratulacje. A do której z dwóch grup się zaliczasz?

Tak, tak, to prawda. Jeśli uważasz planowanie za zbędny element w harmonogramie (jak ja do niedawna) to – świadomie lub nie – stajesz się członkiem jednej z dwóch grup.

Egzekutorzy

Pierwsza grupa nie planuje, bo nie musi. Ktoś inny planuje za nich.

Klasyczny przykład Egzekutora to… pracownik. Dostaje zadania do wykonania i je wykonuje. Firma decyduje o jego działaniach. Menedżer wybiera jego cele i obowiązki. Owszem, na jakimś najniższym poziomie musi zdecydować, jaka konkretnie czynność zajmie mu najbliższą godzinę. Ale z wizją ma to niewiele wspólnego.

Egzekutor: nie planuje, bo nie musi

Przynależność do tej grupy wcale nie musi wiązać się z “wykonywaniem rozkazów” i nikłą odpowiedzialnością. Równie dobrze może to być dyrektor, którego planowaniem zajmuje się sztab asystentów. Jego obowiązkiem jest zrobienie tego, co ma zrobić. A co to będzie? To, co zostanie wbite do kalendarza. Ale to świat, a nie on sam, zarządza kalendarzem.

Ja przez wiele lat byłem Egzekutorem. Bardzo dobrym zresztą. I wybitnie mi to pasowało, choć nie był to wybór świadomy. Teraz próbuję się odnaleźć w innej roli.

Włóczędzy

Druga grupa nie planuje, bo nie chce. Ba, być może nawet: nie wie, że powinna.

Nie ma niczego złego w płynięciu z prądem i poleganiu głównie na reakcjach zamiast akcji. O ile robimy to w pełni świadomie. Świadomość – słowo-klucz.

Pełna świadomość wymaga zaakceptowania faktu, że w tym trybie działamy nieoptymalnie. Ja przez cały rok 2016 byłem takim włóczęgą. I wiedziałem, że mogę “robić lepiej”. Tyle, że priorytetem było dla mnie wówczas pozbycie się wszystkich odpowiedzialności i po prostu – odpoczynek, relaks, regeneracja. 2017 to z kolei czas optymalizacji.

Włóczęga: nie planuje, bo nie chce

Ale dlaczego jest to działanie nieoptymalne? Przyjrzyjmy się kilku przykładom.

Co powiesz o równoległym debuggowaniu i programowaniu? Nie, nie chodzi o łatanie diagnozowanych właśnie błędów. Tylko o dostarczanie faktycznej wartości w postaci pięknego kodu. Da się? Nie da się. No… dobra, dałoby się, ale nie byłoby to działanie optymalne. Albo jedno, albo drugie.

Ale nie tylko my, programiści, mamy takie dylematy. Pisarze (do których lubię się zaliczać za każdym razem, gdy piszę nowego posta) także potrafią utknąć w miejscu. W ich dziedzinie z kolei wielkim problemem jest pisanie i redakcja tekstu w tym samym czasie. Nie da się. No… dobra, dałoby się, ale nie byłoby to działanie optymalne. Pisarz powinien najpierw pisać (tworzyć treść) a dopiero potem redagować (ulepszać wytworzoną treść). A nie jedno i drugie naraz.

A jak to się ma do planowania? Otóż… nawet, jeśli Włóczęga “nie planuje, bo nie chce”, to po prostu odkłada proces planowania na inny moment. Na moment działania. Nie możemy robić, kompletnie nie planując. Prędzej czy później, przed wykonaniem dowolnej akcji, musimy zdecydować, jaka ta akcja będzie. Bez uprzedniego planowania: mieszamy proces planowania i działania. Przez co i jeden i drugi jest wykonywany: nieoptymalnie. Edżajl-sredżajl.

Ja tak robiłem, bo chciałem tak robić. Teraz, z perspektywy czasu, nie oceniam tego jako błąd. Potrzebowałem tego. A opamiętałem się po 10 miesiącach. Kolejne kilka tygodni zajęło mi zrozumienie, dlaczego to nie jest dla mnie najlepsza możliwa opcja.

A jak już zrozumiałem: to się z Tobą niniejszym dzielę!

Quis es?

Daj sobie kilka minut na szczerą refleksję i odpowiedz: do której grupy się zaliczasz? To wbrew pozorom może być bardzo istotna kwestia.

Kim jesteś? Planistą, Egzekutorem czy Włóczęgą?

Byłem przez jakiś czas członkiem każdej z tych grup i mówiąc serio: w każdej jest fajnie. Tylko warto taką przynależność wybrać świadomie.

P.S. Pierwsze tygodnie tego roku – po zrozumieniu przyczyny moich rozterek – poświęciłem na “refactoring” swojego procesu produktywności. Pisałem na te tematy kilkukrotnie, na konferencjach też o tym gadałem. Teraz zmienił się nieco mój zestaw narzędzi i “best practices”. Zamierzam się tym podzielić, gdy tylko całość się pięknie ułoży, ustali, utwardzi w boju.

Share.

About Author

Programista, trener, prelegent, pasjonat, blogger. Autor podcasta programistycznego: DevTalk.pl. Jeden z liderów Białostockiej Grupy .NET i współorganizator konferencji Programistok. Od 2008 Microsoft MVP w kategorii .NET. Więcej informacji znajdziesz na stronie O autorze. Napisz do mnie ze strony Kontakt. Dodatkowo: Twitter, Facebook, YouTube.

2 Comments

Newsletter devstyle!
Dołącz do 2000 programistów!
  Zero spamu. Tylko ciekawe treści.
Dzięki za zaufanie!
Do przeczytania wkrótce!
Niech DEV będzie z Tobą!