…staraj się mieć taką, która jego jest

21

Jeśli jest źle, i wiadomo że jest źle, to jest dobrze. Bo może być tylko lepiej. I czas na zmiany.
Najważniejsze, aby być zadowolonym z siebie. Czerpać radość i satysfakcję z codziennych obowiązków i nie czuć się “gorszym” względem otoczenia. Wykorzystywać ogromne możliwości rzucane przez naszą profesję.

Kilka lat temu miałem niemały kryzys odnośnie swojej roli w zawodzie. Niby kiedyś bardzo lubiłem programowanie – i przestałem. Niby kręciło mnie poznawanie nowych rzeczy, rozwój, blogowanie – i przestało. Niby byłem świadom szczęścia, że mogę na swój własny sposób dbać o urozmaicanie dnia codziennego, a nie kopać kilofem w kopalni… ale czułem jakbym robił właśnie to: tłukł kilofem po 8 godzin dziennie a potem zwijał się w kłębek i z przerażeniem czekał na kolejny beznadziejny dzień w pracy.
Nie dawało mi spokoju to, że kiedyś mogłem nazwać siebie prawdziwym pasjonatem – i utraciłem to prawo. Programowanie jako hobby? Już nie…
Spoglądałem w internetowe czeluści i znajdowałem co rusz to kolejnych szczęściarzy, których takie refleksje ominęły. Którzy nie nacięli się na straszące zardzewiałymi, krzywymi kolcami, zaciskające się powoli ściany wypalenia zawodowego z przybitymi tabliczkami “twoja profesja nie ma sensu”. Jak to możliwe?

Jakkolwiek bezsensownie by to nie zabrzmiało, na odpowiednie tory wtoczył mnie jeden prosty cytat. Nie jestem nawet pewien, czy ten cytat miał takie zadanie. Pisałem już o nim dość dawno temu (“Słowo na niedzielę, o pasji, take 2“):

Passion is something that likes to be conquered

Hę? Jak to? Pasja to pasja, hobby to hobby. Albo się to ma, albo się tego nie ma. Nie?

Ano nie. Wszystko wróciło u mnie do wypełnionej satysfakcją i zadowoleniem normy, gdy zastanowiłem się nad tym co JA robię aby czerpać przyjemność z pracy. Co świadomie staram się zmienić? Co mi daje narzekanie na nudę i bezsensowne zadania? Jak powinna wyglądać moja kariera, moja codzienność, biorąc pod uwagę moje plany i wyobrażenia ze studiów (“Zawód – programista. Nadzieje.“), kiedy to nie mogłem doczekać się normalnego żywota prawdziwego programisty? Zrobiłem tabelkę z dwoma kolumnami: “jak powinno być” oraz “jak jest”. Żadna z pozycji nie pojawiła się w obu kolumnach. Skoro jest tak źle, skoro aż flaki mi wykręca sama wizja włączenia komputera, to gdzie tu miejsce na jakąkolwiek pasję? O czym my w ogóle rozmawiamy? Problem sam się nie rozwiąże.

Właśnie: rozwiązanie problemu. Codzienność musi spełniać pewne wymagania aby przeplatać się z pasją. Czy to proste do osiągnięcia? Nie. A czy chociaż jest to konieczne do spełnienia zawodowego? Też nie, o czym pisałem kiedyś w poście “Czy programista musi być pasjonatem?“. Błogosławieni niepasjonaci, albowiem to oni sędziwego wieku bez siwizny doczekają. Jeżeli jednak czujesz, że coś jest nie tak, że potrzebujesz zmiany, że udusisz się w teraźniejszości, to…

Podejmij ryzyko! U mnie jedynym sposobem na uwolnienie się od złych myśli i ponowne stanięcie na twarde programistyczne nogi, a zarazem rozwiązaniem wszystkich problemów na długi czas, było zwolnienie się z wszelkich etatów-sratów i przejście na własną działalność. Sam sobie panem. Dość ludzi mówiących mi nie tylko co zrobić, ale też dokładnie jak to zrobić… bo nie wiedzą co czynią. Nie jest to krok dobry dla każdego, bo skończyć może się różnie (u mnie skończył się średnio, trochę z braku mojego doświadczenia, o czym pisałem tutaj: “Freelancing i okrutna rzeczywistość. Koniec devDream?“). Ale jest to tylko jedna z wielu opcji. Może u ciebie wystarczy zorganizować godzinkę dziennie na ZABAWĘ z programowaniem? Tak jak TY chcesz, wykorzystując wybrane przez CIEBIE metody, narzędzia, biblioteki? Żeby najzwyczajniej w świecie znowu sprawiało to przyjemność?
Zastanów się co byś CHCIAŁ robić. Czego ci w pracy brakuje. Co odbiera ci motywację, co sprawia, że nie budzisz się każdego ranka podekscytowany wizją nadchodzącego dnia. Wypisz to sobie w punktach (pomocny może okazać się mój dawny tekst “Zawód – programista. RAK kreatywności i satysfakcji.“), a następnie powoli, po kolei, jeden po drugim, zmieniaj te punkty. Jeżeli problemem jest praca to nie zwlekaj – weź tą swoją listę i przedstaw ją managerowi, szefowi, komukolwiek. Powiedz wprost: tego mi brakuje do szczęścia. Zrób to od razu jutro.

Nie daj się pożreć marazmowi i stagnacji! Jak się poddasz, im dłużej będziesz płynął niesiony nurtem tego szamba, tym trudniej będzie się z niego wykaraskać. Zorientuj się czym różnią się od ciebie ci wszyscy, którym pasji czy zadowolenia zazdrościsz. Wybierz jedną jedyną najmniejszą rzecz przybliżającą cię do celu – i zrób ją. Nie za tydzień, nie za miesiąc. Zrób to w ciągu 24 godzin. Może to być nawet wspomniana wyżej “wish-list”: czego brakuje mi w codziennej pracy, co powstrzymuje mnie przed czerpaniem z niej radości? U mnie decyzja o przejściu “na swoje” zapadła długo przed faktycznym rozpoczęciem działania jako freelancer. Ale to od momentu podjęcia decyzji, a nie otwarcia freelancerskich wrót na tabuny klientów pragnących mego kodu, było mi dobrze. Taką pierwszą małą rzeczą jaką zrobiłem było wylistowanie wszystkich znajomych – ze studiów, z wszystkich projektów, z wszystkich “prac” – i skomponowanie do wybranej garstki maila z informacją o mojej decyzji i prośbą o rekomendację u potencjalnego pierwszego klienta. Ten mail mógł nie przynieść żadnych efektów (chociaż przyniósł), ale fakt jego wysłania wprowadził mnie w tryb działania. Satysfakcja płynąca z tego jednego głupiego faktu – wreszcie ROBIĘ coś żeby było lepiej, nieważne czy się uda czy nie – była przeogromna.

DO ROBOTY! Nie ma co się łudzić, że wszystko będzie samo z siebie perfekcyjne. Nigdy nie jest. Kluczowe jest podjęcie działania w takim kierunku, aby było. Po raz trzeci podkreślę: nie zwlekaj! Wykonaj jakąś akcję od razu, póki masz choć trochę zapału.
Zwykle zmiana nie jest prosta i wymaga poświęcenia. I dobrze, bo inaczej ciężko byłoby docenić efekty. Znowu siebie w reflektor “przykładu” wstawię. Właściwie od początku mojej kariery uzupełnieniem pracy zawodowej był niniejszy blog. Moją “pracą” było wykonywanie obowiązków programisty oraz pisanie postów. Czasami to drugie miało nawet wyższy priorytet. W ubiegłym roku przez wiele miesięcy nie miałem czasu, sił i zdolności skupienia się na tej czynności…. czego mi brakowało. Tak, tęskniłem za Wami, misiaki;). Czy udało się temu zaradzić? Tak. Jak? Wydłużając swój dzień. Czy było to proste? Nie było i nie jest. Ale wystarczyło zidentyfikować problem i skupić się na znalezieniu rozwiązania. Efekt jest dla mnie zadowalający. U ciebie może być podobnie: jeśli coś uwiera, coś przeszkadza, to konieczna może być zmiana, pewnie bardziej bogata w skutki niż podany przeze mnie przykład. Nie bój się zmian. Kontrolowane zmiany są dobre. A stabilizacja – przereklamowana.

Znajdź w codzienności radość. Znajdź w swoim zawodzie hobby. Nie jest to konieczne do porządnego wykonywania swojej pracy, ale… zdecydowanie warto.

Develop with passion! (by Jean-Paul S. Boodhoo)

P.S. W ruszeniu z miejsca może Ci pomóc GTD – Getting Things Done.

P.S. 2 A natchnąć do działania – ta prelekcja, którą znalazłem ponad miesiąc po napisaniu posta: “Pełna moc możliwości“.

Share.

About Author

Programista, trener, prelegent, pasjonat, blogger. Autor podcasta programistycznego: DevTalk.pl. Jeden z liderów Białostockiej Grupy .NET i współorganizator konferencji Programistok. Od 2008 Microsoft MVP w kategorii .NET. Więcej informacji znajdziesz na stronie O autorze. Napisz do mnie ze strony Kontakt. Dodatkowo: Twitter, Facebook, YouTube.

21 Comments

  1. Pingback: dotnetomaniak.pl

  2. Stabilizacja jest przeraklamowana – wg mnie, najważniejsze zdanie tego postu.

  3. Maćku od dłuższego czasu czytam Twojego bloga , ale to będzie pierwszy komentarz.
    Właśnie jestem w takim momencie o którym napisałeś w poście i utwierdzasz mnie w tym że świadome zmiany są uzdrawiające. A teraz jedna rzecz DO ROBOTY!!

  4. coffeina on

    Jak dla mnie fajny wpis. Postaram się napisać coś więcej później, ale wtrącę swoje 3 grosze: stabilizacja “usypia” i nie jest motorem napędzającym rozwój.

  5. havranek on

    Najtrudniej zabrać się za zmiany – jak się zacznie, to dalej leci się na fali entuzjazmu :)
    Od siebie mogę dodać jeszcze fajny artykuł, który też może pomóc ruszyć z miejsca i ogólnie zebrać się do kupy, nie tylko zawodowo: http://linkd.in/11dz2G4

  6. Maciej,
    No to się cieszę:). Szczerze mówiąc to i moje własne życie ten cykl miał wpływ, ale o tym w osobnej notce.

  7. havranek,
    Z tym entuzjazmem to bywa różnie – pewnie zależy od efektów – ale jak się nie zacznie to się nie przekona

  8. coffeina on

    Obiecałem, że napiszę więcej to piszę. Ogólnie wygląda to tak, że jak chce się coś zmienić to trzeba działać, trzeba zwlec się o tej 5:00 z łóżka przemyć oczy i zakasać rękawy. Ciężka orka: “nie ma lipy” jakby powiedział mój idol ;) Wracając do stabilizacji: jak jest cieplutko i się ma to co do życia niezbędne to nie chce się ruszać tyłka bo … po co, no nie ?
    Może powiem jak to u mnie jest. Od roku: “jest mi źle” i chodzę i narzekam i tak, czyje się “gorszy od otoczenia”. Dlatego postanowiłem to zmienić? Bo wiem, że jeśli sam tego nie zmienię to nikt nie zrobi tego za mnie. Wiem, że czeka mnie mnóstwo pracy. Straciłem w życiu sporo czasu i nie chce już tracić. Chce tworzyć i mieć z tego frajdę. Co mam do stracenia ? Oprócz spodni i koszuli na grzbiecie to już więcej nic.

  9. Sebastian on

    No właśnie z tą stabilizacją jest różnie, sam od jakiegoś czasu miałem takie różne przemyślenia poszukując innej, bardziej ambitnej (i pod paroma innymi względami lepszej) pracy. Tylko jak pracodawca widzi, że nie siedziało się stabilnie X lat w jednej firmie, tylko coś tam po drodze zmieniało to zaczyna patrzeć podjrzliwie (“może sobie nie radzi”, “może popracuje i ucieknie” itp itd). Chyba idealnym wyjściem byłaby praca, która daje co rusz nowe wyzwania, zróżnicowane projekty itp. Tylko nie zawsze albo nie każdy może sobie na taki luksus pozwolić. Wtedy może warto porobić coś na własną rękę, poszukać ciekawego zlecenia, albo jakiś open source, whatever..
    coffeina – miałem podobne odczucia, trochę nocek zarwałem ucząc się ale dobrze to wspominam i wiem, że było warto. Co prawda okazuje się, że im dalej w las tym więcej drzew ;) ale też porusza się coraz sprawniej.

  10. Jak zwykle bardzo dobry tekst, ale ja o czym innym : ) Twój blog w bloku treści ma bardzo drażniący text-shadow. Na pierwszy rzut oka słabo go widać, ale jak próbujesz sobie zaznaczyć to, co czytasz, to efekt staje się bardzo nieczytelny. Może warto to usunąć?

  11. coffeina,
    Do stracenia masz teoretycznie dużo, ale na naszym rynku pracy raczej nie można się obawiać zostania bez wynagrodzenia przez długi czas – każdy robotę znajdzie. A tracenie życia na coś co nas nie kręci jest średnim pomysłem.

  12. Sebastian,
    Z tymi zmianami pracy to nie do końca tak. Ja zmieniłem pracę 3x w ciągu chyba półtora roku zanim przeszedłem “na swoje” i ze znalezieniem kolejnego zajęcia nigdy problemu nie miałem. Z tym że nigdy nie robiłem tego bez powodu, nigdy nie była to łatwa decyzja i zawsze potrafiłem “kolejnemu” pracodawcy wytłumaczyć dlaczego szukam nowego zajęcia. Skakanie z kwiatka na kwiatek i zero lojalności na pewno nie jest dobre, ale przemyślane kierowanie karierą/rozwojem może być tylko na plus – wtedy pracodawca wie czego ty od niego oczekujesz i może starać się zaspokoić twoje potrzeby żebyś i od niego nie odszedł gdzieś dalej.

  13. RK,
    Thx, faktycznie, a wywalenie tego okazało się dość proste i zajęło minutę (jaki ze mnie css-mastah;) ). Done.