Freelancing i okrutna rzeczywistość. Koniec devDream?

49

Disklejmer: poniższy tekst nie ma za zadanie zniechęcić Czytelników do gonienia swoich zawodowych marzeń czy usamodzielniania się. Prezentuje tylko prawdziwą (moją) historię, która być może uświadomi tym, którym powinna to uświadomić, że bycie “wolnym” nie zawsze jest takie megazajebiste jak się może wydawać. I trzeba być na to przygotowanym.

Kiedyś napisałem post o wdzięcznym tytule “Zawód-programista. Zawód-freelancer. Przestrogi.“… i to jest jego uzupełnienie.

Uprzedzając pytania: do Ewy Drzyzgi się z tą historią nie wybieram:).


Jak w bajce

Na studiach marzyłem o pracy w prawdziwej firmie programistycznej. Albo chociaż w dziale programistycznym firmy nieinformatycznej. Skończyły się studia, przyszła etatowa praca. Nie zajęło mi długo dojście do wniosku, że… to jednak, mówiąc łagodnie, nie jest takie satysfakcjonujące, rozwijające i fajne jak mi się wydawało. Stąd też byłem szczęśliwy jak nie wiem co, gdy 1 kwietnia (heh…) 2009, po półtora roku etatowej tułaczki, udało mi się zrezygnować z takiej pracy i rozpocząć własną działalność w domu. Jako freelancer.

Niejednokrotnie już na blogu pisałem, że najważniejszym krokiem przed podjęciem tak drastycznych działań jest zdobycie klienta “na początek”. Mi przyszło to dość łatwo – kumpel podesłał mi swojego pracodawcę, przemiłego Szweda, który akurat chciał ruszać z nowym dużym projektem i szukał programisty. Dogadaliśmy się, zacząłem. Było jak w bajce:

Pracowałem średnio 6-7 godzin, nie tracąc na dojazdy ani minuty – więc mój normalny dzień zyskał nagle  przynajmniej 2-3 godziny (wtedy mieszkałem jeszcze w Warszawie). Zdarzało się jednego dnia popracować więcej po to, żeby następnego skończyć o 11 rano i pograć sobie na komputerze, poczytać książkę czy popisać posty na bloga. Mało tego – przy takim trybie pracy zarabiałem dużo więcej niż na którymkolwiek z trzech etatów.

Od czasu do czasu, oprócz poznawania nowych technologii na potrzeby rozwijanego projektu, przyjmowałem inne zlecenie, aby w praktyce poeksplorować alternatywne rozwiązania. Dodatkowa robota (zupełnie jako hobby) -> rozwój -> dodatkowa kasa.

Robiłem to, co kocham. Na swoich warunkach. DevDream.

Żyć nie umierać.

Gówno wpada w szprychy po raz pierwszy

Po tak świetnym ułożeniu sobie życia postanowiliśmy z Joanną wrócić do Białegostoku (post1, post2). I, żeby już na poważne w dorosłe życie wejść w pełni, kupić od razu mieszkanie. Trochę ponad rok temu odebraliśmy klucze i zaczęliśmy wykańczanie. Szybka kalkulacja finansowa (to co mamy + to co mam w niezapłaconych fakturach + to co zarobimy) wypadła pozytywnie, więc do dzieła!

Podczas jednej z weryfikacji faktycznego stanu rzeczy z wcześniejszymi założeniami okazało się, że z powyższego równania prawie zniknął czynnik “to co mamy” a bardzo niepokojąco wrósł “to co mam w niezapłaconych fakturach”.

Wtedy to po raz pierwszy dopadła mnie… panika? Nie wiem, w każdym razie było to bardzo nieprzyjemne uczucie utraty kontroli nad wszystkim. Oto stoimy w najbardziej kosztownym momencie życia prawie każdego młodego Polaka, a kasy jak nie było – tak nie ma.

WTF, co robić?

Nawet nie zdążyłem jeszcze porządnie zacząć rozglądać się za możliwościami dodatkowego zarobku, a od razu dość niespodziewanie trafił mi się drugi projekt. Harując przez 4 miesiące na właściwie dwa etaty (skąd urodził się post o devyczerpaniu) udało się jakoś finanse tymczasowo w miarę zbilansować.

A wiosną przyszła zaległa kasa. Nerwów trochę było, wspomnianych 4 miesięcy życia nikt mi nie zwróci, ale koniec końców – wszystko skończyło się dobrze.

Gówno wpada w szprychy po raz drugi

W maju b.r., zaraz po regeneracji sił po tym moim dodatkowym wyczerpującym projekcie, zaczęliśmy z Joanną dumać nad zaślubinami. A że dumać zbytnio nie było nad czym, decyzja zapadła w ciągu dwóch dni: let’s do it już za 4 miesiące! Podjęcie tej decyzji poprzedziliśmy oczywiście podliczeniem kasy, stosując znany sprzed kilku miesięcy wzór: to co mamy + to co mam w niezapłaconych fakturach + to co zarobimy. Wynik wyszedł satysfakcjonujący, zatem rozpoczęła się organizacja.

Minęły tygodnie, przyszła kolej na ponowną weryfikację plany vs rzeczywistość i… damn! Znowu to samo. Oto przed nami drugi najbardziej kosztowny okres w naszym dotychczasowym życiu (a pewnie i w przyszłości też niewiele podobnych wydatków się pojawi) i ponownie jesteśmy na lodzie, mimo że nie powinno tak być!

Tym razem moja reakcja była bardziej zdecydowana: do ślubu zostało jeszcze sporo czasu, więc wysłałem grzecznego maila w stylu “Yo, wstrzymuję prace nad projektem dopóki nie zobaczę kasy na koncie“. Pewny, że w końcu da to spodziewane efekty, zacząłem jednocześnie działać w kierunku ponownego znalezienia alternatywnego źródełka. Najpierw się zorganizowałem, a potem zacząłem realizację planu “jeśli będę częściej i bardziej interesująco pisał na blogu, to na pewno niedługo znajdę kolejny projekt“. Dodatkowo – nie lubię siedzieć bezczynnie (tym bardziej w takiej sytuacji), więc korzystając z “bezrobocia” dokształcałem się w różnych kierunkach. Nie wiedząc nad czym będę niedługo pracował liznąłem trochę FubuMVC, trochę Rake, zobaczyłem z czym się je CQRS, sporo poczytałem o DDD, pobawiłem się Knockout.js, jeszcze bardziej zagłębiłem się w automatyczne testy, pooglądałem przeróżne sesje z NDC… i pewnie zahaczyłem o coś jeszcze, nie pamiętam w tej chwili.

Tak czy siak, może to się wydać durne. ALE! Natychmiastowe efekty przerosły moje oczekiwania! Może to zbieg okoliczności, ale w ciągu kolejnych pięciu tygodni dostałem w sumie do wyceny 9 (dziewięć!) specyfikacji. Zawsze blog przynosił mi jakieś oferty, ale nigdy aż tyle w tak krótkim czasie.

No a teraz smutna część: z żadnego z tych projektów nic nie wyszło. Długie godziny spędziłem na analizie specyfikacji oraz przygotowywaniu wycen, i w końcu każda droga skończyła się albo na uświadomieniu potencjalnemu klientowi że sam nie ma zielonego pojęcia czego chce, albo na “sorry, za drogo, mamy 3x mniejsze środki“, albo na “super, robimy, ale za 3-4 miesiące“. Ludu mój ludu, ja potrzebuję JUŻ, bo za kilka tygodni mam wyłożyć kilkadziesiąt tysięcy na ślub i wesele! W akcie desperacji zacząłem nawet powoli orientować się w białostockich możliwościach zatrudnienia na etacie.

Ale historia skończyła się inaczej: znalazłem inne programistyczne zajęcie (o tym osobno wkrótce), na wesele trzeba było trochę kasy pożyczyć od rodziców, a w podróż poślubną pojechaliśmy na 4 dni w Góry Świętokrzyskie zamiast na 3 tygodnie do Peru jak sobie wymyśliliśmy (ale i tak było zajebiście, bo w końcu nie jest najważniejsze “gdzie, na ile i za ile” tylko “z kim” – jaki ze mnie czasem słodki misiak, nie?). Żal jednak trochę pozostał, bo taka obezwładniająca, paraliżująca bezsilność zdecydowanie zmarnowała nam dobre kilka tygodni cieszenia się życiem.

A czemu bezsilność? Oczywiste wydaje się “idź do adwokata i odzyskaj kasę w sądzie!“. Ale… dobry adwokat to pewnie kolejna kilkutysięczna inwestycja. Sprawa ciągnąć się może i ciągnąć (a kasę potrzebowaliśmy “na już”). Dłużnik kasy mi i tak nie odda, bo wiem że najzwyczajniej w świecie jej nie ma, i ja wcale nie jestem pierwszy w kolejce. Poza tym siedzi w Szwecji, więc jego ewentualne ścignięcie wiązałoby się zapewne z dodatkowym oczekiwaniem (tym bardziej że nie znam nawet jego tamtejszego adresu).

Ehh, zresztą w szczegóły nawet nie chce mi się teraz wnikać. Najważniejsze jest, że wszystko się jakoś udało i znowu jest fajnie.

Kilka mądrości na koniec

Wszystko to nie byłoby takie okrutne gdyby nie fakt, że oba przypadki wydarzyły się akurat w najgorszym możliwym czasie: przed wielkimi wydatkami. W normalnym, codziennym życiu Joanny pensja wystarcza na wszystko, więc gdyby nie tak olbrzymie koszty obu inwestycji – spokojnie jakoś dalibyśmy radę. Więc mądrość 1: jako freelancer nie bądź zdany tylko na siebie i swoje zarobki!

Stąd łatwo przejść do mądrości 2: zawsze miej odłożoną kasę na kilka miesięcy życia. My staraliśmy się, żeby w razie czego mieć na koncie kwotę która pozwoli przetrwać jakiś dłuższy czas choćby nie wiadomo co się stało. No i mieliśmy ją… aż trzeba się było całkowicie wyprztykać na mieszkanie i ślub:).

Państwo Polskie nasze kochane samo podyktuje nam teraz mądrość 3: nie wystawiaj dla tego samego klienta kolejnych faktur, jeśli ma jakieś zaległe. Powód jest tak banalnie głupi, że aż strach… Wystawiając fakturę musisz oczywiście zapłacić podatek od kwoty na niej widocznej. 23% VAT oraz ~19% PIT. I nie ma znaczenia czy kasę dostałeś czy nie! Rozbój w biały dzień, ale w mojej sytuacji same takie właśnie podatki zeżarły kasę na wcale niemałą część wesela, bo co prawda przestałem wystawiać kolejne faktury, ale trochę za późno… Na szczęście podatki takie są podobno “odzyskiwalne”… chociaż o tym dopiero się przekonam w praktyce.

Dochodzimy do mądrości 4: żaden klient nie zasługuje na dwa kredyty zaufania. Gdybym już za pierwszym razem, od razu postanowił zmienić projekt (albo przejść na przykład na system prepaid:) – płatne z góry za X godzin pracy) to później bym nie obudził się z ręką w nocniku. No ale… mądry Polak po szkodzie.

Na koniec ostatnia mądrość 5: ładuj się w duże zobowiązania finansowe tylko jeśli nawet w razie kataklizmu jesteś w stanie wyczarować skądś kasę. Niestety nigdy nie wiadomo co się może stać, tym bardziej przy takiej “luźnej” pracy. Zawsze trzeba mieć więc plan awaryjny. U nas akurat takie plany były dwa: pożyczka u Joanny w pracy oraz pożyczka od rodziców, więc nawet w tak niesprzyjających okolicznościach dało się przewidzieć powodzenie planowanych operacji.


Efekt tego wszystkiego jest taki: nie jestem już freelancerem. Po doświadczeniu jak w polskiej rzeczywistości wygląda prawdziwa walka o projekty… mam po prostu dość. Dalej lubię tak o sobie myśleć i mówić, i poniekąd zachowałem do tego prawo (udało mi się uniknąć normalnego etatu z pracą w biurze), ale jednak uczciwie trzeba powiedzieć: to już nie to, skoro na wszystkie propozycje projektów odpisuję “…mogę Państwu polecić zaprzyjaźnioną firmę…” nawet bez czytania specyfikacji.

Czy żałuję? Nie. Jest komfortowo, interesująco, stabilnie i miło:). Ale, jak pisałem wcześniej – do tematu niedługo wrócę.


Ech, znowu przynudziłem. No ale cóż, od tego mam swoją wirtualną gawrę, żeby w nią czasem nawet takie osobiste wynurzenia wlewać. Powoli jednak wracam na odpowiednie tory i już układam w głowie kolejne, bardziej interesujące i techniczne posty.

A gdyby jednak kogoś temat zainteresował, to poniżej bonus! Linki do dwóch dodatkowych tekstów, traktujących o tym samym:

http://fornalski.blox.pl/2011/01/Czemu-przestalem-byc-freelancerem-O-czekaniu-na.html

http://wyborcza.pl/1,99219,8908485,Czekam_na_przelew.html

Share.

About Author

Programista, trener, prelegent, pasjonat, blogger. Autor podcasta programistycznego: DevTalk.pl. Jeden z liderów Białostockiej Grupy .NET i współorganizator konferencji Programistok. Od 2008 Microsoft MVP w kategorii .NET. Więcej informacji znajdziesz na stronie O autorze. Napisz do mnie ze strony Kontakt. Dodatkowo: Twitter, Facebook, YouTube.

49 Comments

  1. urzekła mnie Twoja historia :) albo powinno być "pierwszy…." :)
    A szczerze to dobrze że jakoś to się skończyło – chyba powiedzieć "dobrze" jeszcze nie można, pewnie chwilkę na to potrzeba. Dla rozluźnienia atmosfery wrzucę jeszcze sucharka (na FB się nie nadaje bo jest zbyt ‘techniczny’)

    Jak nazywa się najbardziej znany satanistyczny utwór w Polsce?
    "Niech żyje Baal…"

    :)

  2. Wielkie dzięki za ten post. Jak dla mnie w tej kwestii pozostawało wiele otwartych pytań, które w tym i poprzednim poście zostały doskonale wyjaśnione. Dzięki Twoim doświadczeniom, prawdopodobnie innym będzie łatwiej w podejmowaniu różnych, wiążących decyzji (np. mi ;). Wielkie dzięki raz jeszcze i powodzenia w nowej pracy ;)

  3. Krzysztof Król on

    Czyli co etat w Białymstoku ?

    A co to za firma tam jest by twoje wymagania finansowe spełnić … nie powiesz mi o tym, że nie ma dysproporcji pomiędzy Warszawą i Białymstokiem

    Mam nadzieję, że posty będą równie ciekawe co przedtem.

  4. Dodatkowa rada. Zawsze możesz wystawić fakturę pro forma. Od niej nie płacisz podatków. Ktoś płaci, dostaje fakturę VAT… Pozostaje niesmak, dlaczego wystawiasz pro formę. Możesz usłyszeć: boisz się, że nie zapłacę? Pro formy można wprowadzić jako standard dla nowych klientów.

    A tak szczerze – to szkoda, że się wykruszyłeś. Z drugiej strony zazdroszczę większej stabilizacji i życzę powodzenia!

  5. MDziubek on

    Jak to się mówi, nie sztuką jest znaleźć zlecenie, a zleceniodawce, który płaci w terminie. Moja, żona jest krawcową i tam pod tym względem jest fajniej: oddajesz rzecz i bierzesz kasę, nie ma kasy nie oddajesz. (Jeszcze się nie zdarzyło, aby ktoś nie odebrał).
    Co do meritum, to wolny zawód to też prowadzenie swojej firmy i o tym trzeba pamiętać, jak się rozpoczyna. Ja problemy rozwiązałem kredytem obrotowym w koncie i bardzo solidnym pilnowaniem terminów płatności. Nadal uważam, że ta forma pracy daje więcej niż etat (nie chodzi o wymiar finansowy).

  6. Jacek,
    Spoko, jakby doświadczenia jednego nie były punktem wyjścia dla drugiego to nadal ludzkość by koła nie wynalazła:)

  7. bardzo dobrym zwyczajem jest posiadanie 12x aktualnego przychodu w formie oszczędności/zabezpieczenia. Taka siatka asekuracyjna pozwala przeżyć rok na dokładnie takim samym poziomie w przypadku utraty wszelkich źródeł dochodu a przy zacieśnieniu pasa dłużej. 12 miesięcy to wystarczająco dużo żeby znaleźć pracę to jedno i w miarę szybko zmniejszyć stałe zobowiązania w postaci telefonów/telewizji/internetu/innych rachunków jeżeli oczywiście taka potrzeba zaistnieje.

  8. Krzysztof,
    Nie, tak jak napisałem – udało się zwykłego etatu uniknąć. Pracuję zdalnie, nie dla białostockiej firmy.
    Dysproporcje między Wawą a Białym są ogromne, ale jeśli spojrzeć chociażby na tak banalną kwestię jak koszty kupna mieszkania, to już perspektywa się zmienia. W Warszawie za mieszkanie jakie mamy zapłacilibyśmy pewnie ze 300tys więcej niż tutaj (plus droższa robocizna przy wykańczaniu). Co przekłada się na wyższy kredyt, więc więcej odsetek. A trzeba by zarabiać warszawską pensję bardzo dużo lat, żeby tak wielką różnicę zniwelować w porównaniu do białostockich zarobków.

  9. Marcin,
    Dzięki za radę, nawet o czymś takim jak proforma nie pomyślałem. W sumie nie wiedziałem nawet co to:). Gdyby przyszło mi jeszcze kiedyś znaleźć się w takiej sytuacji to będę pamiętał.

  10. MDziubek,
    Tak, daje więcej niż etat, dlatego teraz zachowałem sobie plusy freelancingu i połączyłem je z plusami etatu.
    A klient… ten o którym piszę był przez półtora roku klientem idealnym. Takiego zwrotu akcji nie dało się po prostu przewidzieć.

  11. @rek,
    Ja rekomendowałem zawsze 3-4x – tyle moim zdaniem powinno wystarczyć specjaliście na ponowną stabilizację. Ale jak czasem życie zmusi do wydania wszystkiego, to nic się na to nie poradzi:).

  12. procent, 3-4x uważam za minimum, za dolną granicę bezpieczeństwa. Te 12x daje bezpieczeństwo w 99% wypadków i zrządzeń losu jakie mogą się trafić. 12x to sporo ale jest to taka masa która pozwala na bardzo różne wyścia z sytuacji awaryjnych – łącznie ze zrobieniem papierów na koparkę :) (czytaj: 100% przekwalifikowanie się jesli taka sytuacja miała by miejsce)

  13. Bartłomiej Skwira on

    1. Mieć prawnika – dobry prawnik "zarabia" dla ciebie pieniądzie i pozwala uniknąć takich przypadków z klientem.
    2. Projekt dzielić na mniejsze częśći, każda odpowiednio wyceniona i za każdą faktura. Bez opłacenia 1 części nie robić następnej. Dodatkowo opłata za wycofanie sie z projektu.
    3. Zasada "Fuck You pay me!" by Mike Monteiro http://vimeo.com/22053820?utm_source=swissmiss – ogromna ilość cennych porad nt prawnych aspektów pracy, POLECAM

  14. Nikogo już nie uprzedzę, ale przeczytałem i wiem, że muszę przeczytać wszystko/wszystkie posty. Wtedy się ustosunkuję globalnie :)
    Suchar na koniec:
    – Co zrobić, żeby klaun się przestał śmiać?
    – Wyje*** mu siekierą :)

    3mam kciuki i pozdrawiam,

  15. Procent, ja tak sobie podczytuję twój blog i wielokrotnie sobie zadawałem pytanie – jak ty to robisz, że masz firmę i masz czas tutaj pisać? A tu wyszło szydło z worka, że to nie jest wcale takie różowe.
    Sam mam małą firmę i dokładnie wiem jakie są problemy…

    pzdr
    squash

  16. Liczenie wirtualnych pieniędzy nie jest najlepszym rozwiązaniem przy dużych wydatkach. W ogóle nie jest dobrym rozwiązaniem. Trzeba liczyć na to co się ma teraz w gotówce lub na koncie. Zaległa kasa może być lub doskonale może jej nie być. Nie ważne jak duży to jest klient, poleci z Tobą w kulki bo Ty jesteś zależny od niego, a nie on od Ciebie. A że projekt nie wyjdzie, dla niego to jedno z ryzyk, które sobie wkalkulował. Dla Ciebie czy popłyniesz z czy dalej będziesz stabilnie dryfował.

    Ale chyba każdy przez to musi przejść…

  17. Kilka razy otrzymywałem propozycję wykonania czegoś "dodatkowo" po pracy. Zawsze rezygnowałem z takowych możliwości, ponieważ życie prywatne jest dla mnie bardzo ważne. Ma u mnie priorytetowe miejsce w piramidzie moich potrzeb. Praca na etat to wystarczająca ilość obowiązku, odpowiedzialności itp.
    Dlaczego nie chcę być freelancerem? (Przynajmniej na dzień dzisiejszy.) Odpowiedź jest prosta – w pracy na etat mam stałą pensję plus dodatki w postaci na przykład nadgodzin. Nie muszę się martwić pieniądze (oczywiście jeśli pracuje się w stabilnej firmie) oraz szargać nerwów w kontaktach z klientami. Moje zadania są ściśle określone – projektować i programować.
    Właśnie dlatego doceniam pracę na etat. Oczywiście zdaję sobie sprawę, iż każdy medal posiada dwie strony. Oraz kant;)

  18. Marek ,
    Dzięki. Ale już nie ma co trzymać, już jest okej:). Pozostała kwestia odzyskania kasy, ale życie toczy się dalej.

  19. Bartłomiej,
    Dobry prawnik dla freelancera? Firma – owszem. Ale pojedyncza osoba?
    Zresztą w moim przypadku i prawnik by nie pomógł, ale tak jak napisałem – nie będę wnikał w szczegóły.

  20. squash,
    "Mam firmę" to za dużo powiedziane. Nigdy nie chciałem mieć "firmy" jako takiej, tzn. z więcej niż jedną osobą (mną). Chcę programować, a nie siedzieć na telefonie, "biznesowych" spotkaniach, czy zakopany w jakichś excelach.
    Kluczowa jest dla mnie praca w domu – a czy nazwiemy to firmą, freelancingiem czy "zdalnym etatem" – to już ma niewielkie znaczenie.

  21. Chyba nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy wydają kupę kasy na swój własny ślub, tzn. mam na myśli całą organizację wesela oraz zaproszoną liczbę gości. Dziwi mnie to tym bardziej, biorąc pod uwagę jaką miałeś/mieliście sytuację finansową. A jak słyszę o zapożyczaniu się na wesele (u rodziców, w banku, w providencie, u kogolwiek) – nie ro-zu-miem ;)

    Powodzenia na nowej drodze zawodowej ;)

  22. Radek,
    Też nie rozumiałem wydawania kasy na wesele dopóki sam nie stanąłem przed decyzją "robić czy nie". Poza tym "kupa kasy" to jest i bez wesela, tyle że trochę mniejsza kupa.
    A z "zapożyczaniem się" to nie przesadzajamy, nie podpisałem weksli na kwotę która wymusi na mnie sprzedawania się na dworcu przez kolejne 10 lat.

  23. @procent
    Tutaj piszesz, że Ci konkretni klienci zgłaszali się sami, sam też szukasz czegoś?
    Tak przy okazji własnej działalności. Co myślicie, o czymś na kształt stałej współpracy z określoną firmą, ze stałym rachunkiem itp.?
    Pod koniec zrezygnowałem z etatowej posadki i zaryzykował działalność w takim modelu. Zarobki trochę podrosły, ale życia i nerwów ubyło mi sporo.. Po pół roku wróciłem jednak na etat..

  24. Maciek z tym "dobrym prawnikiem" to bym nie przesadzał. Nie odpuszczaj dziadowi tych pieniędzy. To Twój czas i Twoja praca. Wystarczy jakikolwiek radca prawny i około 100 pln wolnych środków, żeby sprawa miała swój finał w sądzie i u komornika. Przepis: znaleźć radcę, wysłać poleconym za potwierdzeniem odbioru "przedsądowe" wezwanie do zapłaty z terminem np 5 dni od daty doręczenia, po tym terminie iść do radcy, on napisze pozew. Dołączyć do pozwu wezwanie przedsądowe z potwierdzeniem odbioru, fakturę (nie musi być nawet podpisana przez dłużnika) i jakieś tam standardowe kwitki. Swój koszt radca dorzuci do ściąganego długu (+ 600-800 pln). Opłacić koszta zastępstwa procesowego i czegoś tam jeszcze (o tym powie Ci radca, to te 100 pln). Czekać na wyrok sądu 4-6 tygodni. Rozprawa to tylko formalność. Po tym okresie dłużnik dostaje wyrok z sądu i ma 2 tygodnie na odwołanie zanim wyrok się uprawomocni. Potem radca z tytułem egzekucji idzie do komornika, komornika dolicza swoje do długu i ściąga od dłużnika Twoje pieniądze i tyle. Warto też wystąpić zaraz po otrzymaniu nakazu o zabezpieczenie konta dłużnika (jeżeli znasz jego numer). Podsumowując 6-10 tygodni, około 100 pln i masz kasę na koncie :D Jeżeli nie możesz znaleźć radców, którzy swoje wynagrodzenie "ściągają z dłużnika" to daj znać na priv. Podeślę namiary.

  25. ^^^^ … Przerabiałem egzekucję długów i jedyna moja aktywność w tym temacie ograniczyła się do wykonania przelewu na konto sądu i odbierania pism z sądu na poczcie. Resztę załatwiał radca.

  26. Jerzy,
    Nie, sam jeszcze nic nie szukałem, zawsze jak cokolwiek robiłem to przychodziło do mnie z bloga albo z polecenia.
    A stała współpraca z jedną firmą – jak najbardziej, coś takiego stosuję właśnie teraz. Chociaż to już prawie etat…

  27. jdubrownik,
    Dzięki za wyczerpujące info. Nie zamierzam tej kasy odpuścić, to za duża kwota (całkiem niezłe autko mógłbym sobie za to kupić:) ). Na razie dopiero zaczynam się orientować w swoich możliwościach i jak przyjdzie co do czego to może faktycznie się do Ciebie zgłoszę.
    Tutaj sytuacja jest bardziej skomplikowana niż w normalnym przypadku, ale pewnie wszystko jest do zrobienia.

  28. @procent
    A w jaki sposób się rozliczasz? Wystawiasz stały rachunek, czy rachunek/fakturę uzależnioną od liczby godzin?
    Ja niestety na tej swojej "współpracy" się przejechałem. Działalność to była po to, żeby więcej dostawać, ale w gruncie rzeczy musiałem być w biurze bo jak nie to było jakieś "ale". Nadgodziny trafiały się bardzo często, oczywiście niepłatne, bo stały rachunek. Bywały też przestoje, ale to z kolei, jakbym wyszedł przed 16, byłoby to źle odebrane i były małe przytyki, czyli nie jako musiałem patrzeć bezwiednie w ekran.

    Wiem, że to pewnie kwestia umowy i dogadania się, ale osobiście raczej zawiodłem się na tym modelu, w takiej postaci.

  29. Jerzy,
    Rozliczam się różnie – raz na godziny, raz na stawkę miesięczną stałą, raz na "per projekt" (podzielone zwykle na 3 raty – zaliczka, połowa, reszta).
    Kluczowa jest dla mnie praca zdalna, z domu i zrozumienie klienta że programista ma zrobić co jest do zrobienia a nie gapić się w ekran przez X godzin. Nie oznacza to że zrobię minimum i spadam, bo zawsze znajdzie się "coś jeszcze":), ale nie toleruję ciągłej kontroli. Moim zdaniem to ma być współpraca oparta na wzajemnym zaufaniu (hoho!) a nie relacja pan->wyrobnik.

  30. @procent
    Tu się zgadzam. Dlatego niestety, przez brak doświadczenia w organizacji takich spraw, łatwo można się zniechęcić..

  31. MAciek,
    A ty byś nie chciał z żoną do NYC przyjechać może…. Bo tak się tutaj składa, że po A płącą tu faktury, dobry .netomaniak jest na wagę złota, a i może byśmy coś razem skręcili…. ale to się chyba do Ciebie prywatnie muszę odezwać. Pracuję w startupie (tak, jest MEGA ) i powiedzmy że o Polskich programistach mają bardzo dobre mniemanie:D
    skrobnij mi maila na ldziekan@gmail.com

  32. Wiadomo że freelancer == DG == własna firma. Jednak ze tego co zauważyłem ludzie inaczej podchodzą do freelancerów niż do firmy z logiem, stroną firmową itd. Jakby specjalnie unikają firm bo założenia myślą że da się takiego małego freelancera zrobić w butelkę. Uważam że absolutnie powinieneś się poddawać tylko założyć konkretną stronę firmową wbić tam swoje portfolio i łapać projekty średnich przedsiębiorstw które są już na rynku jakiś czas i dalej pracować jako freelancer tylko jakby z innej perspektywy dla zleceniodawców. I najważniejsze co Cię nie zabije to Cię wzmocni ;). Powodzenia! :)

  33. freelancer on

    Dobrze podsumowałeś obawy freelancerów – przeżywałem podobne sytuacje. Sam też niedawno kupowałem mieszkanie i pamiętam ten stres, kiedy to bank prosił o pity za kolejne lata… Niby dużo zarabiasz, ale w banku traktują cię jak krętacza i wszystko musisz udowadniać. A jak masz byle jaki etat na czas nieokreślony, który łatwiej stracić niż własną DG, to 10x mniej formalności.

    Z perspektywy czasu myślę, że działanie na własną rękę, wykonując zlecenie po zleceniu, jest bardzo ryzykowne. Pojawi się nowy kryzys i zleceń nie będzie w ogóle. Łatwiej znaleźć chyba nową pracę niż nowe zlecenie w kryzysie :)

    Tak na marginesie – faktury powyżej 2000 zł nie wystawiłbym bez proformy i przelewu :)

  34. Grzegorz.W on

    Pozwolę dopiero teraz włączyć się do dyskusji, mimo że obserwuję ją od samego początku. Zacznę dość przekornie… w swojej karierze zawodowej nigdy nie widziałem siebie jaki freelancera, mimo że posiadam działalność gospodarczą w ramach której realizuję projektu. W przeciwieństwie do Macieja ja chciałem mieć firmę przynajmniej kilku osobową.

    Jak wyszło… po 2 latach pracy, współpracuję dorywczo z jednym (w porywach dwoma) innymi programistami tworząc oprogramowanie dla klientów których pozyskałem. Można powiedzieć, że DreamDev też nie bardzo chce się spełnić.

    Bardzo bawią mnie stwierdzenia, że rynek IT potrzebuje specjalistów, że firmy programistyczne mają pracy tyle, że wybierają w zleceniach. Od przeszło roku staram się szukać kolejnych projektów, m.in. w serwisach do tego dedykowanych… moje spostrzeżenie – moja oferta 10.000 netto – oferta wygrana: 1.000 brutto :) Nie wiem, może za bardzo się cenię ale jak ma się na utrzymaniu swoje wynagrodzenie, biuro, amortyzację sprzętu i oprogramowania i ZUS, VAT, PIT nie bardzo chce wyjść mniej niż 135 / godzina.

    Podsumowując, chciałbym napisać że coraz częściej czuję się jak "księgowa" po szkole "Biznesu i Rachunkowości" lub "Marketingu i Zarządzania" gdzie znając swoją wartość i umiejętności przegrywam z ofertami ludzi, których zadowala wynagrodzenie 2.000 – 3.000 zł brutto. I jak mówić tutaj o elitarnym zawodzie…?

    Pozdrawiam,

  35. Serwus

    Zabawne skwitowanie "freelancerstwa" widziałem kiedyś pod wiaduktem we Wrzeszczu – "Freelancer – taki bezrobotny, tylko bardziej trendy." :)
    Od tamtego czasu, gdy słyszę to słowo zawsze przypomina mi się ta ludowa mądrość :)
    Pozdrawiam i życzę powodzenia

  36. @Grzegorz,
    Ahh bo nasz kraj taki jest… Nie mamy jeszcze technologicznego hubu gdzie ludzie potrzebują softu do zrobienia czegoś, bo tak będzie wygodniej, efektywniej i być możę z korzyścią biznesową. Biznesy w naszym kraju są nie są data i metrics driven, nie potrzebują dużej ilości analytics, jak również większość softu, który potrzebują to w istocie CRM + może jakieś bajery od czasu do czasu. Duże i średnie firmy z kolei są obstawione przez nasze firmy, które to sprzedają im swoje bardziej lub mniej udane produktu (najczęściej mniej). Poza tym manualna praca kogoś, kto będzie robił jakąś powtarzalną czynność jest często tańsza niż zrobienie softu pod nią… A Król Excel nadal pozostaje bazą danych, silnikiem symulacji monte-carlo jak i uniwersalnym kontenerem wszelkiego rodzaju zawartości:D

    I właśnie dlatego tak to mnie irytowało i chciałem zobaczyć jak świat wygląda gdzie indziej. I powiem wam, że wygląda bardziej iteresująco. Dlatego programiści z otwartymi umysłami… próbować gdzie indziej, bo kraj nasz jeszcze tam nie jest żeby doceniać inżynierów. A firma w której ja pracuję na przykład nie może znaleźć dobrych .net-owców + comp sci bo wszyscy pracują w bankach:D

  37. @Popey
    "Freelancer – taki bezrobotny, tylko bardziej trendy." – świetne, naprawdę świetne :)

    @procent
    współczucia, że tak ci to wyszło/a raczej nie wyszło, ale tzw. frycowe trzeba zapłacić i teraz już jesteś mądrzejszy.
    Też przez to przechodziłem, do dziś wiszą jakieś zaległe resztki, ale szkoda mi na to zdrowia. Wybrałem ucieczkę do przodu i tyle.
    A nie myślałeś nad czymś takim jak tzw. spółdzielnia? Ja np. zredukowałem etaty, bo kiedy nie ma zleceń utrzymanie programistów kosztuje krocie i zjada cały wcześniejszy zysk. A gdyby zebrać kilku specjalistów pod wspólnym szyldem, to jest to potencjał który może dynamicznie ogarniać małe i duże tematy, bez generowania kosztów stałych, bo przy braku zleceń każdy dłubie coś u swoich stałych klientów.

    @nerdinnewyork
    podzielam twoje zdanie, że u nas rynek nie chce nic ambitnego. Wielka szkoda. Mówisz, że taki miód w tym NY?

  38. nerdinnewyork,
    Dzięki za info, ale do NYC mnie nie ciągnie. Nigdzie mnie nie ciągnie, jestem w Białymstoku i tu zostanę nawet jakbym miał pracować na kasie w lidlu:). A że "gdzieś" sytuacja może być ciekawsza niż tu… no trudno, pewnie tak. Cieszę się w każdym razie że ci się tam podoba:)

  39. twk,
    Nad tzw. spółdzielnią myślałem od razu po rezygnacji z etatu – razem z dwoma innymi świeżo upieczonymi freelancerami spotkaliśmy się w tym temacie i rozważaliśmy czy by czegoś takiego nie zorganizować. Ale po kilku dniach namysłu doszedłem do wniosku że nie chcę.

  40. [quote]Nad tzw. spółdzielnią myślałem od razu po rezygnacji z etatu – razem z dwoma innymi świeżo upieczonymi freelancerami spotkaliśmy się w tym temacie i rozważaliśmy czy by czegoś takiego nie zorganizować. Ale po kilku dniach namysłu doszedłem do wniosku że nie chcę.[/quote]

    Po kilku latach zmienia się perspektywa… mnie to teraz wydaje się atrakcyjne, ale wiele zależy od charakteru konkretnych osób.

  41. Autor podcina skrzydła moim marzeniom :-)

    Mam kolegę w Białymstoku, który ma identyczne problemy z oczekiwaniem na zapłatę.
    Z niewiadomych mi przyczyn, on nie chce słyszeć o Fakturach Proforma.

    Myślę, że w roli freelancera świetnie sprawdza się praca jako grafik, natomiast programiści mają zdecydowanie gorszą pozycję.
    Portfolio grafika można zweryfikować w 5 min. Programista SINGIEL ma zdecydowanie mniejsze pole do popisu, chyba, że ma jakieś poważne projekty na koncie, prezentuje swoją wiedzę na blogu, ale prawdziwie duże projekty tworzą raczej zespoły ludzi i na taką osobę pracodawcy patrzą chyba mniej chętnie – chyba, że nie mają kasy.

    Wracając do tematu. Ja z kolei marzę o pracy jako freelancer, a raczej chciałbym się skupić na prowadzeniu micro firmy i opiekować się na początek jednym projektem. Na razie mam pomysły na czarną godzinę (jeśli miałbym zrezygnować z etatu albo sami zdążą mnie wylać).
    Wtedy myślę, że w końcu zrealizuję swoje projekty.

    Pozdrawiam, blog będę subskrybował gdyż z C# miałem styczność jakieś półtora roku temu (Web Services itp). Niestety w pracy programuję w czymś innym, Hobbistycznie jeszcze w czymś innym :-)

  42. Cześć!

    Dzięki za ten post. Widzę, że nie jestem w tych przemyśleniach. Ten temat jest dla mnie bardzo na czasie. Też mieszkam poza dużym miastem i nie chcę się wyprowadzić. Zastanawiałem się nad pracą zdalną (etat) ale po około 30 kontaktach z rekruterami wątpię czy będzie taka możliwość dla programisty C# & Silverlight. Większość rozmów skończyła się na informacji, że praca zdalna jest niemożliwa i zachęceniem do przeprowadzki…

    Cieszę się, że Ci się udało. Uczciwie zapracowałeś na to :)

    Ze swojej strony postanowiłem się nie poddawać i jeszcze dać sobie rok, na dalszy rozwój robiąc MCPD, może to mi pomoże się przebić.

Newsletter devstyle!
Dołącz do 2000 programistów!
  Zero spamu. Tylko ciekawe treści.
Dzięki za zaufanie!
Do przeczytania wkrótce!
Niech DEV będzie z Tobą!